Czarni Słupsk - Astoria Bydgoszcz 73:60
Astoria długo opierała się zawodnikom Czarnych. W końcu uległa. Aby jednak skonsumować to zwycięstwo miejscowi musieli się namęczyć. Warto było. To już trzecia zaliczona przez nich wygrana w ciągu ostatnich 7 dni.
Astoria prowadziła dwa razy. Obie jej przewagi były hasłem dla miejscowych do szturmu. Także dla trenera gospodarzy Andrzeja Kowalczyka, na znalezienie sposobów na przełamanie oporu. Pierwszy był idealny, strefa 3:2 i wychodzenie do indywidualnej opieki nad bydgoską jedynką. To nie pozwoliło Harringtonowi poprowadzić gry Astorii. Dlatego, po prowadzeniu gości 5:3, Czarni osiągnęli w pierwszej kwarcie tak widoczną przewagę, że po punktach Crenshawa w 8 minucie, prowadzili już 21:7. Wojciech Krajewski, trener gości, szybko znalazł jednak odpowiedź. Astoria postawiła się po raz kolejny. Zagrała strefą w obronie, z Bosnicem i Kudravcemem na rozegraniu. Słabego Dryję zastąpił Wilangowski i goście zaczęli konsekwentnie odrabiać straty. Co było o tyle zaskakujące, że gdy po ciężkim, mozolnym boju w końcu doszli gospodarzy (w 25 minucie prowadzili 41:40), to natychmiast uszło z nich powietrze. Czarnym, z wyjątkami, nie wchodził rzut z dystansu.
W tym momencie Kowalczyk nakazał grać pod koszem na dwóch wysokich zawodników - Grudzińskiego i Reeda. I to był drugi sposób. Dobrze współpracował ze słupskimi wieżami Crenshaw. Astoria za to stanęła w ataku, przestała trafiać, miała coraz więcej nieprzygotowanych pozycji i szybko słupszczanie znowu osiągnęli przewagę. Przy żywiołowym dopingu i doskonale grającym Plucie (na taki mecz w jego wykonaniu kibice w Słupsku czekali już drugi rok, wydawało się, że jego kontrakt będzie niewypałem, a jednak... w tym meczu to Pluta wypalił. I to z armaty dużego kalibru) Czarni spokojnie kontrolowali grę. Tym sposobem powiększali przewagę, aż do 69:52 w 38 min.
Wiktor Grudziński, jedyny słupski center, po raz pierwszy od trzech spotkań nie trafił do kosza zza linii 6.25 m. Popisał się jednak double-double czyli podwójnymi zdobyczami. Uzyskał 10 pkt i miał 14 zbiórek. Raz tylko Gryfia umilkła, gdy przewrócił się na parkiet. Z grymasem bólu na twarzy, nie mógł się podnieść. Gdyby i jemu przytrafiła się kontuzja, Czarni pod koszem nie mieliby zawodników.
- Sam się tego przestraszyłem - mówił po meczu. - Dlatego szybko wróciłem do gry.
I to dobrej.